Do trzech razy… Maraton!

Był rok 2014. Trenowałem, aż miło, w takiej formie jeszcze nie byłem nigdy. Przed sobą miałem jeden cel… przebiec maraton. Wszystko szło zgodnie z planem i odliczałem już ile mi zostało do tego przełomowego dnia, jednak coś we mnie pękło…

Coś poszło nie tak jak trzeba. Przegiąłem. Zwyczajnie, po ludzku przegiąłem.

Później była długa przerwa od biegania, ale wiedziałem, że to jeszcze nie moje ostatnie słowo.

Minęły prawie dwa lata i znów na horyzoncie pojawiły się ponad 42 kilometry. Wiedziałem, że nawet jakbym miał się doczołgać na metę to nie odpuszczę. Treningów było zdecydowanie mniej niż poprzednio, szanowałem swoje ciało, nie chciałem popełnić znów tego samego błędu.

Gdy w końcu nadszedł 9 października stanąłem na starcie pełny obaw, ale i z nutką optymizmu, bo przecież jakoś to będzie… przecież zawsze jakoś to było. Jednak mimo to dystans budził szacunek i nagle głowa zaczęła mi podsuwać czarne scenariusze. Po raz pierwszy chyba byłem tak stremowany przed startem. Sam siebie nie poznawałem w tym stanie.

Michał ogarnij się. Dasz radę – podpowiadałem sobie w duchu.

W końcu jeśli nie spróbuję to nie będę wiedział czy dam czy nie damy rady.

Gdy usłyszałem sygnał startera to wszystko uleciało jak powietrze z przebitego balona. Pozostała już tylko myśl:

  • Muszę dotrzeć do mety!

Cel jaki są obrałem, czyli 4:30h, był bardzo realny. Biegłem spokojnie, szanowałem siły by w drugiej części, jeśli pozostaną siły, przyśpieszyć. I wszystko zapowiadało, że tak właśnie będzie, aż do pechowego 18 kilometra… Tam też musiałem udać się w ustronne miejsce i kiedy już załatwiłem szybko sprawę i przeskoczyłem małą fosę poczułem nagle mocny ból w kolanie. Próbuję raz, drugi i nie jestem w stanie biec dalej. Jeszcze to do mnie nie docierało, ale był to początek moich wielkich problemów na trasie. Nie przebiegłem nawet połowy dystansu, a już jest kłopot, całkiem spory kłopot. Czasu jednak było wciąż dużo, więc próbowałem coś podziałać. Po chwili udało mi się zacząć truchtać.

Gdy dotarłem do półmetka znów czuję mocno kolano. Zatrzymuję się, po czym w ruch idzie rozciągnie. Chwilowo to pomogło, jednak po paru kilometrach znów to samo. Maszeruję… mam silny kryzys. Mija mnie kilku biegaczy. Jeden krzyczy:

  • Pomału, ale do celu!

Mam ochotę mu wygarnąć, bo przecież on nie jest w mojej skórze, nie czuje tego bólu. Jednak odpuszczam mu. Rozciągam się po raz n-ty. Mam przed sobą jeszcze około 15 kilometrów. Całkiem sporo. Czasu do regulaminowych 6 godzin też całkiem dużo, ale przecież nie miałem maszerować, a biec. Zagryzłem zęby – biegnę! Doganiam mężczyznę, który mnie przed chwilą motywował i ucinamy krótką pogawędkę(dobrze, że mu nie wygarnąłem). Po kolejnych 3 kilometrach znów ból promieniuje. Nie jestem w stanie biec. Mam ochotę zrezygnować. Te leżaki nad Wisłokiem tak bardzo kuszą. Walczę ze sobą i właśnie w tym momencie spotykam Pana Stanisława, który na wielkim luzie, bez spinania się zmierza do mety. Nie będzie miał super czasu, nie będzie walczył o najwyższe laury, liczy się to, że jeszcze raz pokona siebie i te okropne 42km195m. To mi dodaje otuchy. Ja potrzebuję jeszcze się porozciągać, więc rozstajemy się.

Teraz choć nogi nie są w najlepszym stanie to głowa jakby spokojniejsza. Nie walczę z czasem, zmierzam powolutku do mety, gdzie czeka na mnie Edyta. W głowie pesymizm został wyparty myślami pozytywnymi. Dam radę, dam radę!

I tak truchtam, używając Skarżyńskiego terminu, świńskim truchtem, poznaję ludzi i staram się nie myśleć za dużo o kilometrach. Taktyka ta pomaga mi przesuwać się z uporem w stronę mety.

W pewnym momencie doganiam Pana Stanisława, krótka pogawędka i „kulawym” biegiem pokonuję ostatnie kilometry. Dwa kilometry… jeden… 500 metrów… już widzę Millenium Hall. Do oczu napłynęły mi łzy. To koniec, to naprawdę koniec Zrobiłem to, zrobiłem!

Wbiegając na plac eventowy ujrzałem nie tylko Edytkę, ale i moich rodziców. Wydobyłem z siebie okrzyk radości i z Panem Stanisławem przekroczyliśmy wspólnie linię mety. Jeszcze nie tak dawno myślałem o tym by zrezygnować, a teraz, gdy na mojej szyi wisi medal, już planuję kolejne starty, na które z pewnością chcę się lepiej przygotować.

Jestem mega wdzięczny wszystkim, którzy mnie wspierali w przygotowaniach jak i podczas biegu. Dziękuję!

Dzień po maratonie wyglądał komicznie, bo nagle schody były dla mnie mega wyzwaniem i zanim je pokonałem prowadziłem głębokie rozważania czy czasem nie zapomniałem czegoś ze sobą, bo drugi raz już nie dam rady zejść. Droga z i do autobusu również jakby się wydłużyła. Pomimo tych niedogodności nie żałuję w ogóle tego biegu. Będzie co wspominać i najwyższa pora skreślić to marzenie z listy!